About Me

Powered by Blogger.

Tuesday, April 23, 2013

You won?

| | 0 comments

Mój czas z All Hands Volunteers i projektu Long Island dobiegł końca. Jako wolontariusz spędziłam w Long Beach równe cztery tygodnie. Jestem już w Nowym Jorku, przeprowadzając się od jednego znajomego do drugiego - w ciągu tygodnia zaliczyłam cztery przeprowadzki- dziękuję Ani Muczyńskiej i Justynie Kanigowskiej!!!

To wszystko przekłada się na zupełny brak czasu na pisanie. Jednakże zbyt dużo radości przynosi mi prowadzenie bloga więc zakładam, że mimo jego nazwy która jest jednoznacznie związana z wyjazdem na wolontariat, pozwolę sobie od tej pory myśleć o sobie jako Mere Volunteer w sensie ochotniczego odkrywania świata. Tym samym nazwa staje się uniwersalna i zabawa trwa dalej.

Zanim jednak to nastąpi, chciałabym rozprawić się z powodem powstania tej strony, bo o ile w mojej głowie opcja wolontariatu pozostaje otwarta, to uważam, że powinnam zamknąć temat przynajmniej w klamrach paru słów.

Piszę dziś zwłaszcza do tych, którzy uważali, że 1/USA to ostatni kraj, któremu warto pomagać, i że w związku z tym 2/mój wyjazd nie tylko nie ma sensu, 3/ale też zasługuje na żarty i docinki.

Z tym pierwszym się zgadzam- wygraliście. Jesli ktoś ma dwie rece i dwie nogi i mieszka w Stanach Zjednoczonych Ameryki, ma możliwości poprawić swoją sytuację na wiele sposobów.
Dziś Justyna opowiedziała mi głośną historię finansisty z Wall Street, który dorabiał po godzinach żebrząc na ulicach Nowego Jorku, zarabiając w ten sposób dodatkowe 40 tysięcy dolarów rocznie. To ekstremalny przykład na to, że jeśli się chce, to można. Wielu ludziom się nie chce, i dodatkowo uważają, że z jakiegoś powodu pomoc po prostu im się należy.

Jak się okazuje, po huraganie został uruchomiony cały system darmowej pomocy mieszkańcom, i my jesteśmy tylko jego małą częścią. Ogólnie rzecz biorąc Amerykanie mają takie akcje we krwi- albo dobrze udają- bo tak jak pisałam ostatnio, każde amerykańskie CV zyskuje bardzo na wartości, jeśli znajdzie się tam informacja o wolontariacie.

Jako wolontariusz, moją jedyną zapłatą mogła być (niezmiennie paskudna, ale jednak) kawa z ludźmi, w których domu pracuję, albo miłe słowa i podziękowanie. Nawet to nie zdarzało się często. Pracowałam w domach, w których miałam jednoznaczne wrażenie, że właściciele oszczędzają pieniądze na naszej pracy, by w przyszłym roku kupić lepszy model Jeepa. Takie sytuacje nie były częste, ale moim zdaniem nie powinny mieć miejsca w ogóle. Wynika to z braku możliwości sprawdzenia aktualnej sytuacji finansowej rodziny aplikującej o pomoc.
Wyrażałam te wątpliwości na blogu już wcześniej, choćby we wpisie "This land is your land".

Do All Hands nie mam najmniejszego słowa zarzutu, przeciwnie- ludzie z którymi miałam przyjemność pracować są co do jednego absolutnie fantastyczni, a organizacja wyróżnia się spośród innych ograniczeniem papierkowej roboty do minimum tak aby można było zacząć pracować dosłownie od pierwszej minuty. Jedyny dokument jaki podpisałam, i to po paru dniach po przyjeździe, to oświadczenie, że nie pozwę organizacji za ewentualny wypadek przy pracy. Nikt nie wymagał ode mnie doświadczenia ani pieniędzy, co jest normą w innych miejscach. To tez było jednym z głównych powodów decyzji o wybraniu All Hands-uważam ze płacić za to by pracować to lekka przesada.
Jeśli ktoś z Was jest zainteresowany, można jechać dosłownie od ręki na Filipiny na podobnych zasadach. W razie czego służę pomocą w kontakcie. Strona internetowa to www.hands.org .
Polecam, bo samo doświadczenie pracy jako wolontariusz, mimo zarzutów co do celowości tego konkretnego programu, uważam za jedną z najlepszych rzeczy, jakie zrobiłam w życiu.

Bo przecież było genialnie. Wygrzewanie się w żeliwnej wannie na ulicy, granie w rzutki z chłopakami po godzinach, whisky na plaży, prysznice na zewnątrz, próby w kościele, Kathleen robiąca brownie o drugiej nad ranem, Wielkanoc w Philly- tego nikt mi nie odbierze! Mimo cienia moich wątpliwości, gdybym miała podjąć decyzję jeszcze raz wiedząc, jak będzie, nie wahałabym się ani chwili, tylko ewentualnie kupiłabym więcej wódki w bezcłowym.
Jeszcze raz do tych, którzy w przutulności swoich domów uważali, że wiedzą lepiej niż ja, że ten wyjazd nie ma sensu, nazywali mnie Matką Teresą i myśleli że to takie zabawne- nie, jednak nie wygraliście, bo gdybym nie pojechała, nie powstałby ten blog i nie miałabym tych wszystkich przemyśleń- było warto na tysiąc pięćset sto dziewięćset, choćby po to żeby przekonać się na własne oczy. A wy dalej siedźcie przed telewizorem.
Do reszty - która jak wiem stanowi i tak miażdżącą przewagę - dziękuję za śledzenie bloga,to nie koniec, a jedynie początek. Zapowiadam jednak parodniową przerwę:)

0 comments:

Post a Comment

 
Twitter Facebook Dribbble Tumblr Last FM Flickr Behance