Właśnie wróciłam z mszy w Misyjnym Kościele Baptystycznym (co w tłumaczeniu znaczy tyle,że byliśmy z Abigail i Dylanem jedynymi białymi w pomieszczeniu, oraz że było prawdopodobnie głośniej niż na koncercie Behemoth- temat na osobny wpis), który znajduje się pod naszym pokojem, po tym jak znalazłam w ogrodzie 4 jajka niespodzianki, a za chwilę jadę do Filadelfii na obiad wielkanocny z rodziną kolegi. Dzieje się:) Happy Easter Everyone!
Sunday, March 31, 2013
Friday, March 29, 2013
Zawsze twierdziłam że kraj można naprawdę poznać jedynie jeśli się w nim pracuje. Wolontariat jeszcze poszerza te możliwości.
Po pierwsze, ludzie nie udają przed nami kogoś,kim nie są- za dużo przeszli i potrzebują przede wszystkim z kimś porozmawiać. Ja jestem w raju, przyjechałam tu pewnego dnia wieczorem, a już następnego dnia rano piłam kawę w kuchni obcych ludzi dziękujących mi za pomoc. Jakie biuro podróży zapewnia takie atrakcje?
Po drugie, wiele można dowiedzieć się już po sposobie budowania(który w USA jest tak lekki,że można uwierzyć w swoje nadludzkie siły- nie ma jak z rana rozwalić kopniakiem pół ściany),po otoczeniu(ciekawe, że w Nowym Jorku odnawiane są tylko fronty budynków), ale najlepsze są suweniry,czyli przypadkowe znaleziska. Wprawdzie na głowy lecą nam zdechłe myszy w ilościach hurtowych, ale czasem pod deskami znajdujemy różne drobiazgi poruszające wyobraźnię. Wczorajsze znalezisko przeszło do historii.
Whitney trzyma je na zdjęciu.
Po pierwsze, ludzie nie udają przed nami kogoś,kim nie są- za dużo przeszli i potrzebują przede wszystkim z kimś porozmawiać. Ja jestem w raju, przyjechałam tu pewnego dnia wieczorem, a już następnego dnia rano piłam kawę w kuchni obcych ludzi dziękujących mi za pomoc. Jakie biuro podróży zapewnia takie atrakcje?
Po drugie, wiele można dowiedzieć się już po sposobie budowania(który w USA jest tak lekki,że można uwierzyć w swoje nadludzkie siły- nie ma jak z rana rozwalić kopniakiem pół ściany),po otoczeniu(ciekawe, że w Nowym Jorku odnawiane są tylko fronty budynków), ale najlepsze są suweniry,czyli przypadkowe znaleziska. Wprawdzie na głowy lecą nam zdechłe myszy w ilościach hurtowych, ale czasem pod deskami znajdujemy różne drobiazgi poruszające wyobraźnię. Wczorajsze znalezisko przeszło do historii.
Whitney trzyma je na zdjęciu.
Tuesday, March 26, 2013
-Wiesz jak to jest, lubię moje rzeczy. Patrz, ten kawałek sznurka może się kiedyś jeszcze przydać. Kiedyś wyplatałam koszyki,używałam tego sznurka jako pomocy. Może nie tego…Bardzo proszę,uważaj jak pakujesz. Przecież wszystkie te deski do ubikacji wyglądają jak nowe, jak można się ich pozbyć?
Po co kupowałam nowe? Była dobra promocja,jak nie kupić. Z tymi promocjami ciężka sprawa, dwa w cenie jednego mnie gubi, nie potrafię odejść od stoiska.
Ten karton oznacz "do wyrzucenia", ale nie wyrzucaj jeszcze, bo muszę się tym rzeczom przyjrzeć po raz ostatni.
-Mogę wyrzucić ten plastikowy pojemnik?
-A gdzie ja kupię taki pojemnik w dzisiejszych czasach? To jest dobry pojemnik. Z mocnego plastiku. Kiedyś gotowałam zupy i zawoziłam rodzinie, gotuję bardzo dobre zupy.
-Myślę że można go wyrzucić. Ma nadłamany rąbek, a przecież w poprzednim kartonie spakowałyśmy 50 plastikowych pojemników.
-Nadłamany rąbek…Naprawdę myślisz że powinnam? Powinnam się go pozbyć?
-Naprawdę tak sądzę.
-Wiesz,jak jest. Człowiek przywiązuje się do przedmiotów.
I tak cały dzień. Daje do myślenia. Dzisiaj pomagałam opróżnić piwnicę przed naszą standardową procedurą. W tym wypadku samo wynoszenie rzeczy zajmie o wiele, wiele więcej czasu niż samo oczyszczanie z pleśni. Właścicielka od kilkudziesięciu lat nałogowo zatrzymuje chyba wszystko, co kiedykolwiek przeszło przez jej ręce. Niesamowite, jak ludzie potrafią przywiązywać się do rzeczy. Fajnie uświadomić sobie, stojąc z boku, że to nałóg tak samo mocny i zniewalający jak każdy inny. Kobieta każdą rzecz musiała przed nami wytłumaczyć, usprawiedliwić jej istnienie w domu, tak naprawdę mówiła do siebie, ciężko wzdychając. Było widać, że ją uwiera taka ilość otaczających ją przedmiotów, które przejęly władzę nad jej małym światem.
Na szczęście zdaje sobie sprawę, że wszystkie przedmioty pokryte pleśnią muszą zostać wyrzucone lub przynajmniej oczyszczone i przełożone do nowych opakowań. W związku z tym musimy wyrzucić niektóre półki i szafki, takie nic niewarte, brzydkie, używane jedynie do składowania.
-Ale bardzo proszę, odkręć rączki i zawiasy i włóż do plastikowego woreczka , mogą się jeszcze kiedyś przydać.
*zdjęcie dość przypadkowe,nie dostałam pozwolenia na fotografowanie domu.
Sunday, March 24, 2013
Tim jest jedną z tych osób, które robiły w życiu wszystko, o co przyjdzie wam do głowy spytać, oraz dodatkowo dość dużo rzeczy, o ktorych nie wiecie, że są możliwe. Wyrósł, jak sam mówi, "po niewłaściwej stronie miasta", a jego dziecięcym marzeniem było zostać prawnikiem. Zamiast tego był strażakiem, obserwował radary na Alasce podczas Zimnej Wojny, skąd wyniósł między innymi niechęć do łososia w jedzeniu("Salmon can be ruined in so many different ways!"), spędził pół roku w Iraku jako medyk, startował w wyborach(State Representative,senator?), a nawet napisał książkę. Opisał w niej doświadczenia zdobyte podczas pracy jako strażak, i jak mówi, była to terapia po serii trzech traumatycznych zdarzeń w pracy w ciągu dwóch miesięcy.Mi opowiedział szczegóły,was odsyłam do książki.
Można?Można. Tim ma 59 lat, czwórkę dzieci, jest na emeryturze, i przyjechał do Long Beach na tydzień, żeby razem ze mną wisieć głową w dól po parę godzin dziennie i nadal pomagać ludziom,tak jak robi to przez większość swojego życia. Fajny facet.
Friday, March 22, 2013
Podczas Huraganu Sandy całe Long Beach znalazło się pod wodą. Pięć miesięcy później niewielu mieszkańców uporało się ze skutkami katastrofy. Wiele domów było nieubezpieczonych, często powodem był brak możliwości ubezpieczenia od zalania przez ryzykowną lokalizację, i teraz właściciele nie mają pieniędzy na odbudowę. Miasto gnije.
Pozioma linia na zdjęciu to linia wody.
Thursday, March 21, 2013
I pomyśleć, że w Polsce wspaniałomyślnie wyposażyłam się w kombinezon z tyveku, sztuk jeden, myśląc że starczy. Tu zużywa się średnio dwa kombinezony dziennie. PPE, czyli Personal Protection Equipment, to kombinezon, maska, okulary i rękawice. Wyglądam jak kosmita(na zdjęciu Gina,wolontariuszka z Kanady) co jak narazie dobrze koresponduje z moim samopoczuciem w nowym kraju. W sklepach przepraszam kolegów z góry za zachowanie i potem już bez zażenowania oglądam z każdej strony np. jednolitrowe butelki Corony i resztę produktów, których rozmiary da się tylko wytłumaczyć kiepską scenografią z Alice in Wonderland. Wszystko jest większe.
Jak narazie to jeden z bardzo niewielu stereotypów, który się sprawdza. Mieliśmy spotkanie w bazie, gdzie ktoś jak na filmach poprosił mnie o przedstawienie się, typu jak masz na imię i co lubisz. Kiedy z bardzo poważną miną poproszono tutejszego kaowca o zadanie mi pytania dnia, pomyślałam, że Amerykanie nie mogą być chyba bardziej przewidywalni.
Pytanie brzmiało:"What would be your favourite way to get AIDS?"
Odpowiedziałam, że nie wiem, ale że będzie to dobry temat na post na blogu, o czym spieszę Państwu donieść.
z 20 marca:
Dzień jak codzień.Wstałam rano, zjadłam śniadanie, zapakowaliśmy vana i dostaliśmy(dla mnie pierwsze) zadanie do wykonania - znieść ok.300-kilową wannę z piętra domu. Była nas czwórka i nie było łatwo. Do dyspozycji mieliśmy stary dywan i 1,5 metra sznurka. W końcu mój sposób na zniesienie potwora ze zdjęcia powyżej, i nie chodzi o mnie, wygrał głosowanie.
Myślę, że fota oddaje surrealizm sytuacji w której się znalazłam na własne życzenie. Równo dwa tygodnie temu, w czwartek, jechałam pakować rzeczy i przeprowadzać się do Berlina, kiedy dostłam e-maila od All Hands.Wczoraj leżałam w wannie na ulicy gdzień w Long Beach, NY. Jak powiedział Tim- "you make plans and then life happens".
Wednesday, March 20, 2013
z 19 marca:Stoję jako pierwsza w mniej więcej 500 osobowej kolejce do kontroli paszportowej na lotnisku JFK. Mój samolot wylądował 3 godziny temu. Gapię się na baner po mojej lewej. Z głupawym uśmiechem na jaki ostatnio było mnie stać chyba w Indiach- mieszankę rezygnacji, oburzenia, ale przede wszystkim zmęczenia ostatnimi trzema dniami. Zrobiłabym kłótnię w moim stylu, ale zdaję sobie sprawę, że rezulatatem byłby ewentualnie bilet powrotny w tempie ekspresowym, więc znów gapię się na baner z napisem "What are you waiting for?"reklamujący ekspresowe kontrole paszportowe na lotnisku Kennedy`ego. Mimo wszystko uważam to za dość zabawne.
W przeciwieństwie do współtowarzyszy niedoli z płaczącymi dzieciakami(po raz pierwszy się im nie dziwię), albo otwarcie cierpiących na wszelakie bóle związane ze staniem w miejscu przez bite 3 godziny. Najczęstszym komentarzem jaki słyszę naokoło jest"gdyby to się zdarzyło w Europie to...". Zdobywam się na żart, że mojej walizce musi się nieźle kręcić w głowie po takim czasie na"karuzeli". Jak okazuje się za chwilę, nie do końca mam rację.
Nie wiem co tego dnia stało się na lotnisku JFK, ale było to absolutnie masakryczne pierwsze wrażenie. Po kontroli paszportowej, która w danym momencie wydawała mi się spełnieniem najskrytszych marzeń, okazało się, że dalej nie jest ani trochę prościej. Ponieważ nowe samoloty ciągle przylatywały, a pasażerowie nie odbierali swoich rzeczy przez 3 godziny, zrzucano bagaże na ziemię by zrobić miejsce dla nowych.W rezultacie po całym lotnisku bez żadnego planu rozrzuconych było kilkaset waliz, bez żadnej informacji gdzie należy szukać swoich.
Czy ma to jednak jakieś znaczenie po usłyszeniu magicznych słów wypowiedzianych tylko i wyłącznie do mnie, jako pierwszej w całej galaktyce:"Welcome to New York miss"?
JESTEM!!!
Tuesday, March 19, 2013
Niełatwo publikować pierwszego w życiu posta, ale na sercu lekko - jestem na lotnisku w Warszawie po wieczorze z Anią S., która z zazdrości przeszła samą siebie, i po wszystkim co dla mnie zrobiła w zwiazku z tym wyjazdem, dorzuciła wisienkę na torcie w postaci 9-dniowego passu do najważniejszych miejsc w NYC. Słów brak!!!Ciężko jest żyć lekko i mieć wspaniałych przyjaciół!
Subscribe to:
Posts (Atom)







