About Me

Powered by Blogger.

Monday, April 29, 2013


Uwielbiam facebooka. Tak, wiem, należę do niechlubnej mniejszości i w gruncie rzeczy za takie wyznanie powinnam iść siedzieć bez procesu, bo przecież facebook jest be. Dlaczego? Bo jest. Mam wrażenie, że ta nienawiść stała się ostatnio bardzo modna, coś w stylu udowodnienia że jest się cool i ma się w życiu wiele bardziej interesujacych zajęć niż wklejanie zdjęć kanapki z subwaya o drugiej nad ranem.
Na pewno coś w tym jest, a jednak proszę- ja jestem cool(przecież) i uwielbiam facebooka. Dlaczego?
Bez niego nie zdarzyłyby się podczas wyjazdu tak niesamowite spotkania, jak z Anią, która sama odezwała się do mnie z chęci pomocy, mimo że nie znałyśmy się wcześniej- zobaczyła jednak że ilość wspólnych znajomych zapelniłaby dwie klasy podrzędnej podstawówki, i teraz widzimy sie prawie codziennie.
Do Justyny, koleżanki ze studiów, odezwałam sie sama, nie chcąc upijać się po raz pierwszy na Manhattanie w samotności, i proszę- nie dość ze widzę się z nią równie często, to dziewczyny bardzo się polubiły i będą miały z kim chodzić na wystawy kiedy mnie zabraknie;) Wszystkie w trójkę skończyłyśmy Architekturę Wnętrz, więc uczelnianych plotek starczy nam by zapełnić spotkania na następne parę lat.
A własnie w tym momencie siedzę w autokarze do NYC z Bostonu, poniewaz Nico, Argentyńczyk poznany w Indiach trzy lata temu, napisał do mnie wiadomość z zaproszeniem.



Bostonu nawet nie ma co porównywać z Nowym Jorkiem. Wysiadłam z autokaru i znalazłam się na innej planecie. Po prawie dwóch tygodniach w NYC ktoś nagle zwolnił tempo planety o 50procent. Jest tu spokojnie, pięknie i czysto. Jesli ktoś biegnie, to nie do pracy , ale dla zdrowia. I to, mam wrażenie, jest bardzo charakterystyczne dla miasta- ogromna ilość biegaczy.


Skoro o tym mowa, nie sposób nie wspomnieć o wydarzeniach sprzed tygodnia- przypadkowo spacerując po mieście(dość specyficzne-całe centrum jest możliwe do przejścia pieszo) trafiłam na memorial gdzie ustawiają sie kilkusetmetrowe kolejki tylko po to, by wejść w naprędce wydzielone płotem 30mkw ze zwiędłymi kwiatami i zawieszonymi starymi sportowymi butami  i cyknąć parę fotek. Mimo to podoba mi się ta cecha Amerykanów, że tak szybko reagują na tragedie- może wszystko to zbudowane jest na szukaniu sensacji i rozrywki, ale fakty sa takie, że w ten weekend Boston przeżył absolutny nawał turystów skłonnych wydać pieniądze tu, a nie gdzie indziej. Skutkiem widocznym są tłumy w koszulkach z napisem Boston Strong, mniej widać pieniądze,które te ubrania kupiły i które w planie mają zasilenie sprzedawców stratnych  przez wstrzymanie transportu podczas zamachu.

Wszystko jest tu blisko, nie znaczy to jednak że jest niewiele do zobaczenia. Weekend to zdecydowanie za mało, zwłaszcza że w niedzielę musiałam wracać do domu wcześniej, bo Nico i jego dziewczyna Anna robili grilla w ogrodzie dla znajomych. Nie narzekam:) Mieliśmy piękna pogodę,były śpiewy i mini koncert fortepianowy. Teraz mknę z powrotem do Nowego Jorku, a ostatnie dwie noce spędzę na sofie de facto jedynej poznanej tu osoby, która nie posiada facebooka-Devina, dla odmiany architekta którego poznałam podczas wolontariatu.

Friday, April 26, 2013



19marca dotarłam do bazy bezpośrednio z lotniska. Nie było łatwo jej znaleźć,ale popełniłam błąd- o drogę powinnam była pytać tylko czarnych.
Okazało się, że pokój który wszyscy dzielimy znajduje się nad kościołem, który z kolei został przeniesiony czasowo z głównego pomieszczenia, będącego(oczywiście przez Sandy)nadal w stanie remontu. 
Najpierw zauważyłam szczegóły, takie jak portrety znanych czarnych na ścianach i świeczniki z czarnymi aniołkami. Potem przyszedł czas na próby chóru-mocno sie zdziwiłam, kiedy podczas jednej z nich zeszłam na dół poobserwować z ukrycia i okazało się, że czyste,mocne głosy które słyszalam siedząc na górze należały do 80-letnich staruszek. 
Podstawowym wyposażeniem misyjnego kościola baptystycznego poza elementami które zapewniają nas że Jezus i wszyscy święci mieli czarną skórę jest perkusja i elektryczne organy. Próby to jedno, ale aktualna msza jest juz hardkorem-poza słowem Amen co drugie zdanie nie widzę większych różnic między tym a koncertem na Openerze.
Dziwne że nie organizuje się wycieczek turysrtycznych w takie miejsca - nie dość, że przyzwoita muzyka i można potupać nóżką, a za wstęp się nie płaci, to jest to, w przeciwieństwie do zwiedzania siódmego muzeum jednego dnia, przeżycie świetnie pokazujące prawdziwych Amerykanów, a o to przecież w podróżowaniu chodzi, prawda?
Na Wielkanoc zostaliśmy oficjalnie zaproszeni na mszę, celebracja trwała dwie godziny i w pewnym momencie zostaliśmy wywołani, przedstawiliśmy się z imienia, po czym cały kościól zaśpiewał specjalnie dla nas w podziękowaniu za pomoc miastu.
Zostaliśmy także zapewnieni, że kościól stoi dla nas zawsze otworem.
W tym wypadku było to dość dosłowne.
Musieliśmy przez niego przchodzić za każdym razem w drodze do kuchni.


Perkusja którą widać na zdjęciu - bez niej nie istnieje kościół baptystyczny.


Przez remont w kościele jest spory bałagan.


Tuesday, April 23, 2013


Mój czas z All Hands Volunteers i projektu Long Island dobiegł końca. Jako wolontariusz spędziłam w Long Beach równe cztery tygodnie. Jestem już w Nowym Jorku, przeprowadzając się od jednego znajomego do drugiego - w ciągu tygodnia zaliczyłam cztery przeprowadzki- dziękuję Ani Muczyńskiej i Justynie Kanigowskiej!!!

To wszystko przekłada się na zupełny brak czasu na pisanie. Jednakże zbyt dużo radości przynosi mi prowadzenie bloga więc zakładam, że mimo jego nazwy która jest jednoznacznie związana z wyjazdem na wolontariat, pozwolę sobie od tej pory myśleć o sobie jako Mere Volunteer w sensie ochotniczego odkrywania świata. Tym samym nazwa staje się uniwersalna i zabawa trwa dalej.

Zanim jednak to nastąpi, chciałabym rozprawić się z powodem powstania tej strony, bo o ile w mojej głowie opcja wolontariatu pozostaje otwarta, to uważam, że powinnam zamknąć temat przynajmniej w klamrach paru słów.

Piszę dziś zwłaszcza do tych, którzy uważali, że 1/USA to ostatni kraj, któremu warto pomagać, i że w związku z tym 2/mój wyjazd nie tylko nie ma sensu, 3/ale też zasługuje na żarty i docinki.

Z tym pierwszym się zgadzam- wygraliście. Jesli ktoś ma dwie rece i dwie nogi i mieszka w Stanach Zjednoczonych Ameryki, ma możliwości poprawić swoją sytuację na wiele sposobów.
Dziś Justyna opowiedziała mi głośną historię finansisty z Wall Street, który dorabiał po godzinach żebrząc na ulicach Nowego Jorku, zarabiając w ten sposób dodatkowe 40 tysięcy dolarów rocznie. To ekstremalny przykład na to, że jeśli się chce, to można. Wielu ludziom się nie chce, i dodatkowo uważają, że z jakiegoś powodu pomoc po prostu im się należy.

Jak się okazuje, po huraganie został uruchomiony cały system darmowej pomocy mieszkańcom, i my jesteśmy tylko jego małą częścią. Ogólnie rzecz biorąc Amerykanie mają takie akcje we krwi- albo dobrze udają- bo tak jak pisałam ostatnio, każde amerykańskie CV zyskuje bardzo na wartości, jeśli znajdzie się tam informacja o wolontariacie.

Jako wolontariusz, moją jedyną zapłatą mogła być (niezmiennie paskudna, ale jednak) kawa z ludźmi, w których domu pracuję, albo miłe słowa i podziękowanie. Nawet to nie zdarzało się często. Pracowałam w domach, w których miałam jednoznaczne wrażenie, że właściciele oszczędzają pieniądze na naszej pracy, by w przyszłym roku kupić lepszy model Jeepa. Takie sytuacje nie były częste, ale moim zdaniem nie powinny mieć miejsca w ogóle. Wynika to z braku możliwości sprawdzenia aktualnej sytuacji finansowej rodziny aplikującej o pomoc.
Wyrażałam te wątpliwości na blogu już wcześniej, choćby we wpisie "This land is your land".

Do All Hands nie mam najmniejszego słowa zarzutu, przeciwnie- ludzie z którymi miałam przyjemność pracować są co do jednego absolutnie fantastyczni, a organizacja wyróżnia się spośród innych ograniczeniem papierkowej roboty do minimum tak aby można było zacząć pracować dosłownie od pierwszej minuty. Jedyny dokument jaki podpisałam, i to po paru dniach po przyjeździe, to oświadczenie, że nie pozwę organizacji za ewentualny wypadek przy pracy. Nikt nie wymagał ode mnie doświadczenia ani pieniędzy, co jest normą w innych miejscach. To tez było jednym z głównych powodów decyzji o wybraniu All Hands-uważam ze płacić za to by pracować to lekka przesada.
Jeśli ktoś z Was jest zainteresowany, można jechać dosłownie od ręki na Filipiny na podobnych zasadach. W razie czego służę pomocą w kontakcie. Strona internetowa to www.hands.org .
Polecam, bo samo doświadczenie pracy jako wolontariusz, mimo zarzutów co do celowości tego konkretnego programu, uważam za jedną z najlepszych rzeczy, jakie zrobiłam w życiu.

Bo przecież było genialnie. Wygrzewanie się w żeliwnej wannie na ulicy, granie w rzutki z chłopakami po godzinach, whisky na plaży, prysznice na zewnątrz, próby w kościele, Kathleen robiąca brownie o drugiej nad ranem, Wielkanoc w Philly- tego nikt mi nie odbierze! Mimo cienia moich wątpliwości, gdybym miała podjąć decyzję jeszcze raz wiedząc, jak będzie, nie wahałabym się ani chwili, tylko ewentualnie kupiłabym więcej wódki w bezcłowym.
Jeszcze raz do tych, którzy w przutulności swoich domów uważali, że wiedzą lepiej niż ja, że ten wyjazd nie ma sensu, nazywali mnie Matką Teresą i myśleli że to takie zabawne- nie, jednak nie wygraliście, bo gdybym nie pojechała, nie powstałby ten blog i nie miałabym tych wszystkich przemyśleń- było warto na tysiąc pięćset sto dziewięćset, choćby po to żeby przekonać się na własne oczy. A wy dalej siedźcie przed telewizorem.
Do reszty - która jak wiem stanowi i tak miażdżącą przewagę - dziękuję za śledzenie bloga,to nie koniec, a jedynie początek. Zapowiadam jednak parodniową przerwę:)

Friday, April 19, 2013



Panuje opinia, zwłaszcza po obejrzeniu wszystkich dokumentów typu "Supersize me" -że tu wszystko jest tak naszpikowane hormonami, że tyje się nawet po wypiciu szklanki wody. Ja mam na ten temat przyjemniejszą teorię- to wszystko przez miłych ludzi na ulicach! Mimo tego,że 90 procent Nowojorczyków chętnie wbiłaby mi nóż w brzuch za to, że śmiem mieć przy sobie dużą walizkę i jednocześnie używać metra jako środka transportu, jest zawsze pozostałe 10 procent ludzi, którzy potrafią zwolnić samochód po to tylko, żeby powiedzieć mi, że super wyglądam albo życzyć mi dobrego i relaksującego popołudnia. Te akty miłości bliźniego nie tylko powodują, że ja mam uśmiech na twarzy przez następne parę godzin i myślę sobie, że skoro jest tak świetnie(a nie jest), to trzecia wizyta w Dunkin` Donuts naprawdę nie zaszkodzi; jest naukowo udowodnione, że będąc miłym dla innych, tak naprawdę najbardziej poprawiamy humor samym sobie.

Jakiś czas temu usuwaliśmy pleśń w piwnicy żydowskiej rodziny. Dom był opuszczony; wprawdzie można było tam mieszkać,bo zalana byla tylko piwnica, ale zapewne rodzice bali się o zdrowie swojej siódemki dzieci. Ja sama, mimo masek ochronnych, mocno odczuwam działanie pleśni. Ciągle czuję się lekko podziębiona.



 Podczas wędrówki korytarzami w poszukiwaniu toalety zrobiłam parę zdjęć, które dają mocno postapokaliptyczne wrażenie- wszystko wygląda jakby godzinę wcześniej żyli tu ludzie i akurat odbywało się przyjęcie urodzinowe jednego z domowników; i nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, cała rodzina wyparowała, a w zamian pojawiłam się ja, cała na biało.




Monday, April 15, 2013




W sobotę pojechaliśmy dużą grupą na mecz Roller Derby. Ktoś wie,o co chodzi? Ja też nie. Jako że nawet nasza wszystkomająca polska wersja Wikipedii nie pomaga, odsyłam Was do strony http://www.pzfw.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=77&Itemid=2
gdzie można znaleźć króciutki artykuł po polsku, oraz na stronę http://www.longislandrollerrebels.com/
czyli witrynę klubu, na którego meczu byłam (dziewczyny przegrały z gośćmi).


Nasi:)

Zasad nie znałam nie tylko ja, to chyba jeden z tych sportów, gdzie chodzi się na mecz przede wszystkim po to, by napić się (paskudnego) piwa ze znajomymi i pozazdrościć dziewczynom, które najwyraźniej urodziły się z wrotkami na nogach.


Warto? Bardzo. Jedno z tych miejsc, gdzie mogę się założyć, że byłam jedyną nie-obywatelką Stanów Zjednoczonych Ameryki, odśpiewano hymn i nikt nie sprawdzał, czy mam 21 lat,kiedy kupowałam piwo.





Jeśli planujecie wakacje w Long Beach, sugeruję przebukowanie biletu na jakąś bardziej przyjazną lokalizację. Miasto, które przez dostęp do oceanu powinno przyciągać tłumy, sprawia bardzo przygnębiające wrażenie. Usypane na plaży hałdy piasku wymieszanego ze śmieciami powodują, że jedyny potencjalnie ładny widok w okolicy przypomina plac budowy. Ponieważ cała okolica znalazła się pod wodą, praktycznie w każdym domu trwa renowacja. Po Sandy miasta leżące na Long Island oferują mieszkańcom specjalny darmowy serwis zbierania gruzu - wystarczy wystawić torby na podwórko. Oczywiście katastrofa naturalna to zawsze okazja do zrobienia pieniędzy, więc zanim zjawią się służby miejskie, wanny i wszelkie przedmioty przedstawiające jakąkolwiek wartość są zabierane przez krążące po okolicy vany. Nieraz pracujemy dom w dom z ludźmi robiącymi to, co my, ale za ciężkie pieniądze.
Mimo, że nie zawsze widać zniszczenia na zewnątrz, atmosferę czuć w powietrzu. Wszyscy mówią mi, żebym nie osądzała całego kraju po wizycie na Long Island. Przede wszystkim Nowy Jork to nie USA. Ludzie z założenia są tu niemili. Teraz dodatkowo stracili w ostatnich miesiącach część dobytku życia.
Większość restauracji i sklepów jest nadal zamknięta.Te znowu otwarte mają wszelkie powody by z dumą prezentować tablice z hasłem które widać na każdym rogu:"Bruised,but not broken".

Na zdjęciu maskotki do których przyczepione są klucze do pryszniców(znajdujących się,jak na Openerze, w przyczepie na parkingu),inteligencją prawdopodobnie przewyższające opisane w poście osoby.

Kto by pomyślał, że nie każdy nadaje się do demolowania domów. Z początku miałam wrażenie, że wszyscy wykonują tu świetna robotę. Ale kiedy przyjechałam było jeszcze zimno i rzadko zgłaszali się wolontariusze jednodniowi, więc przebywałam w doborowym towarzystwie ludzi, którzy naprawdę chcą i potrafią. Teraz, z poprawą pogody, coweekendowe wesołe grupy pseudo-wolontariuszy nawiedzają naszą bazę. 
Przyjeżdżają przede wszystkim studenci, ktorym zależy najwyraźniej jedynie na wpisie doświadczenia w CV. Okazuje się, że aspirowanie do zdobycia wyższego wykształcenia niekoniecznie równa się umiejętności obsługi młotka.
To jednak najmniejszy z problemów. Schody zaczynają się, kiedy początkowo nieśmiało popukujący w parapet student pojmie, że narzędzie to może przynieść sporo frajdy. 
Młotek staje się wtedy jedynym narzędziem wartym uwagi. Przecież waląc w jeden punkt wystarczająco długo, można dokopać sie do Chin, jak mówił mi wujek. Najwyraźniej wszyscy studenci przyjeżdżający do Long Beach czytali tą samą bajkę przed snem.
Wszelkie próby włożenia łomu w drugą rękę debila spalają na panewce. Spojrzę w inną stronę, i już łom stoi oparty o ścianę, a student napierdala.
Tylko nie do końca rozumie, po co to robi i jakie konsekwencje może mieć walenie w rurę przy kaloryferze. Jak pisałam wcześniej, domy są tu budowane super lekko i trzeba mysleć, zanim walnie się w strategiczny punkt, który spowoduje zawalenie całego sufitu. Warto byłoby uprzedzić o tym 10 innych osób pracujących obok.
Zatem w weekendy wynajduję sobie zajęcia z dala od day volunteers, bo po prostu się o siebie boję. Na początku, kiedy widziałam grupę czterech piękności uzbrojonych w śrubokręty i dyskutującą nad usunięciem jednego kawałka dykty 1 na 1 przez ponad 10 minut, podchodzilam i demonstrowałam to, co kazdy z nas powinien wiedzieć jeśli nie z pierwszej lekcji fizyki, to przynajmniej z doświadczenia otwierania puszki konserw. Teraz po prostu uciekam do innego pokoju. 
Na pocieszenie nucę pod nosem:

Friday, April 12, 2013





Jeszcze o Świętach Wielkanocnych! Od wielu lat spędzam je "na dorosło", czyli w skrócie otwieram wino na śniadanie i w ten sposób wyróżniam ten dzień. Nie pamiętam, kiedy ostatnio spędziłam Wielkanoc w Trójmieście. Wprawdzie mamy cudowną tradycję świąt w Murowańcu, dwa lata temu byłam w Irlandii, cztery lata temu na Javie w Indonezji...ale takich Świąt, jakie były tutaj, nie pamiętam, odkąd skończyłam 7 lat i okazało się, że nie tylko Mikołaj nie istnieje, ale też królik nie znosi czekoladowych jaj.



Było głośno, rodzinnie, były bachory sztuk osiem(!!!), ale takie udane,że nie wiedziałam którego pierwszego brać pod pachę i wiać, bo odchowane i wychowane najlepiej, było dużo dobrego wina, i jeszcze więcej niesamowitego jedzenia, był "Król Lew", który robi tu za naszego "Kevina samego w domu" na Boże Narodzenie, i nikt nie mógł uwierzyć,że oglądałam go tylko raz...Było nas łącznie dziewiętnaście osób,z czego nasza piątka wbiła się na obiad dosłownie z dnia na dzień, a zostaliśmy potraktowani jak rodzina.
Dzięki Dan!





zdjęcie ze Świąt Wielkanocnych u rodziny Dana

Abigail opowiadała mi dziś o swoim bracie, który pracuje jako "character" w Disney World, czyli w zależności od dnia poci się od rana do wieczora albo w stroju Myszki Miki, albo Donalda i zabawia turystów. W momencie, kiedy to usłyszałam, od razu stwierdziłam, że jest to absolutnie najgorsza praca, jaką mogłabym sobie wyobrazić, może poza byciem zawodowym sobowtórem Fidela Castro.
Abigail była bardzo zdziwiona.
Okazuje się, że jej brat uwielbia to co robi. Jego praca polega na uszczęśliwianiu ludzi małymi gestami- wystarczy czasem wyciągnąć kogoś z długiej kolejki na karuzelę i przesunąć na jej początek, by usłyszeć że to najlepsze,co zdarzyło im się w życiu- jak tego nie lubić?
Gabriel ma jednak problem- robi to samo od 7 lat i według norm społecznych powinien chcieć objąć wyższe stanowisko. Wszyscy współpracownicy i znajomi namawiają go do tego, a ścieżka kariery jako managera jest dla niego od dawna otwarta.
On jednak wie, że jeśli zostanie managerem, nie będzie mógł już wcielać się w postaci z bajek. Mówi, że obserwuje ludzi, którzy z "characters" stali się managerami- ci, którzy podjęli tą decyzję, ale zrobili to z wewnętrznej potrzeby i w zgodzie ze sobą, są świetnymi pracownikami na nowej pozycji. Ci, którzy awansowali wbrew sobie, nie wykonują dobrze aktualnej pracy.
Co jest waszą bajką?

Wednesday, April 10, 2013



Na zdjeciu - Kathleen w środku demolki, a na zewnątrz Monique próbuje przekonać włascicieli domu,że cały nasz wysiłek pójdzie na marne jeśli nie pozwolą wyrzucić zapleśniałych drzwi(pleśń odrośnie).

Mimo że na początku każdego projektu wymagamy podpisania zgody na przeprowadzanie całej procedury według naszych zasad, schody zaczynają się w momencie kiedy ludzie są świadkami rozrywania ścian ich domu, skuwania podłogi, wyrzucania mebli. Emocje biorą górę nad zdrowym rozsądkiem. Wprawdzie mamy prawo, ale jednak nigdy nie robimy nic wbrew woli właścicieli. Niestety często przyzwyczajenie do własności wygrywa nad zdrowym rozsądkiem.
Mnie przy zdrowych zmysłach trzyma codzienna dawka destrukcji. Są takie czynności, jak prowadzenie samochodu, bieganie, przejście Camino de Santiago, czy właśnie walenie młotem, które mają jedną wspólną cechę- dają zajęcie ciału, ale przez swoją powtarzalność zupełnie nie angażują umysłu, i przez to potrafią wprowadzić mnie w stan przyjemnego transu, jaki(podejrzewam) wiele rozsądniejszych ode mnie osób osiąga siedząc w pozycji kwiatu lotosu.
Niestety nie zawsze burzymy, czasem musimy też wykowywać nudniejsze czynności, jak odkurzanie każdego centymetra(cala) kwadratowego domu(ważny element walki z pleśnią). Dziś wykonywałam chyba najmniej przyjemną pracę z możliwych, czyli odkurzanie fundamentów i podłogi od dołu  klęcząc w błocie. Towarzystwo w postaci pająków i hałasu odkurzacza nie nastraja do medytacji.
Ale nadal wolę to od siedzenia w biurze!

A to ja:)

Tuesday, April 9, 2013



Znalezione.



Rozrywki i uciechy ciała i ducha to priorytety w życiu wolontariuszy z Long Beach! Mamy mękę wyboru- bo aż dwa bary w zasięgu. Jest to o tyle przyjemne, że jeśli kogoś nie ma w pierwszym, to można mieć pewność, że jest w drugim.



 Obydwa bary otworzyły podwoje dość niedawno w związku z huraganem(w jednym ściany są nadal niewykończone) i kiedy pytam długoterminowych wolontariuszy, co robili wieczorami przedtem, smutno spuszczają głowy.




Mamo, tato, nic mi nie jest, żyję i mam się dobrze, ale dzieje się tyle i plany zmieniają się z minuty na minutę! Zazwyczaj skrobię coś na bloga w pociągu albo w przerwie na lunch, więc mam parę niedokończonych tekstów, ktore jeszcze nie mają swojego zdjęcia, i odwrotnie! Materiał się gromadzi, ale chęci do siedzenia przed komputerem brak, bo robi się ciepło i już obcinam nasze papierowe kombinezony na szorty, robię im dekolty i ramiączka, a po pracy hyc, na plażę:) Zdjęcie powyżej to pierwsze dni kiedy(jak widać) rano na oczy nie widziałam, i było wystarczająco zimno, by pracować w czapie, która swoją drogą robi w mieście taką furorę, że chyba otwieram sklep z tym jednym modelem w sprzedaży. Do tej pory zatrzymało mnie na ulicy 7 osób pytając, skąd ją mam. A to ta sama czapka, którą dziergałam w drodze na Deskidance, kiedy pojawiło się bardzo ważne pytanie, ilu mężczyzn potrzeba do zrobienia pompona(bo ten robiło czterech). Buziaki!


M. spędza pół dnia grając w rąbankę na komputerze wrzeszcząc przy tym jakby od wyniku naprawdę zależały losy świata. G. wyrosła w rodzinie Mormonów przechrzczonych ze Świadków Jehowy, a żeby ją obudzić trzeba za każdym razem zrzucić ją z materaca i wlec za ręce parę metrów po podłodze, co ochoczo robi A., która zanim została wolontariuszką pracowała w sprzedaży- tłumacząc klientom, że produkty jej firmy są beznadziejne, bo nie potrafiła kłamać. J. nigdy nie widziałam jedzącego, za to wypija 5 litrowych puszek napoju energetycznego dziennie. D. w moim przekonaniu nigdy nie dochodzi do stanu pełnej trzeźwości, ale kiedy pracujemy jest jak buldożer. Ja z kolei jestem znana z tego, że wstaję przed ustawionym przez siebie budzikiem, po czym wlekę się do łazienki, a alarm budzi wszystkich naokoło, i mimo tego, że co rano obrywam wszystkim co pod ręką, następnego dnia historia się powtarza.
Jesteśmy oficjalnie świrami. Chyba trzeba być wariatem żeby być wolontariuszem dłużej niż przez weekend. Jednocześnie nie ma tu ani jednej osoby, której bym nie lubiła. Tolerancja jest tu przedefiniowana. Nie wyobrazam sobie, co mogłabym zrobić, co nie zostałoby potraktowane z pełnym zrozumieniem. Liczy się jedynie to, jak pracujesz co rano.

 
Twitter Facebook Dribbble Tumblr Last FM Flickr Behance