Uwielbiam facebooka. Tak, wiem, należę do niechlubnej mniejszości i w gruncie rzeczy za takie wyznanie powinnam iść siedzieć bez procesu, bo przecież facebook jest be. Dlaczego? Bo jest. Mam wrażenie, że ta nienawiść stała się ostatnio bardzo modna, coś w stylu udowodnienia że jest się cool i ma się w życiu wiele bardziej interesujacych zajęć niż wklejanie zdjęć kanapki z subwaya o drugiej nad ranem.
Na pewno coś w tym jest, a jednak proszę- ja jestem cool(przecież) i uwielbiam facebooka. Dlaczego?
Bez niego nie zdarzyłyby się podczas wyjazdu tak niesamowite spotkania, jak z Anią, która sama odezwała się do mnie z chęci pomocy, mimo że nie znałyśmy się wcześniej- zobaczyła jednak że ilość wspólnych znajomych zapelniłaby dwie klasy podrzędnej podstawówki, i teraz widzimy sie prawie codziennie.
Do Justyny, koleżanki ze studiów, odezwałam sie sama, nie chcąc upijać się po raz pierwszy na Manhattanie w samotności, i proszę- nie dość ze widzę się z nią równie często, to dziewczyny bardzo się polubiły i będą miały z kim chodzić na wystawy kiedy mnie zabraknie;) Wszystkie w trójkę skończyłyśmy Architekturę Wnętrz, więc uczelnianych plotek starczy nam by zapełnić spotkania na następne parę lat.
A własnie w tym momencie siedzę w autokarze do NYC z Bostonu, poniewaz Nico, Argentyńczyk poznany w Indiach trzy lata temu, napisał do mnie wiadomość z zaproszeniem.
Bostonu nawet nie ma co porównywać z Nowym Jorkiem. Wysiadłam z autokaru i znalazłam się na innej planecie. Po prawie dwóch tygodniach w NYC ktoś nagle zwolnił tempo planety o 50procent. Jest tu spokojnie, pięknie i czysto. Jesli ktoś biegnie, to nie do pracy , ale dla zdrowia. I to, mam wrażenie, jest bardzo charakterystyczne dla miasta- ogromna ilość biegaczy.
Skoro o tym mowa, nie sposób nie wspomnieć o wydarzeniach sprzed tygodnia- przypadkowo spacerując po mieście(dość specyficzne-całe centrum jest możliwe do przejścia pieszo) trafiłam na memorial gdzie ustawiają sie kilkusetmetrowe kolejki tylko po to, by wejść w naprędce wydzielone płotem 30mkw ze zwiędłymi kwiatami i zawieszonymi starymi sportowymi butami i cyknąć parę fotek. Mimo to podoba mi się ta cecha Amerykanów, że tak szybko reagują na tragedie- może wszystko to zbudowane jest na szukaniu sensacji i rozrywki, ale fakty sa takie, że w ten weekend Boston przeżył absolutny nawał turystów skłonnych wydać pieniądze tu, a nie gdzie indziej. Skutkiem widocznym są tłumy w koszulkach z napisem Boston Strong, mniej widać pieniądze,które te ubrania kupiły i które w planie mają zasilenie sprzedawców stratnych przez wstrzymanie transportu podczas zamachu.
Wszystko jest tu blisko, nie znaczy to jednak że jest niewiele do zobaczenia. Weekend to zdecydowanie za mało, zwłaszcza że w niedzielę musiałam wracać do domu wcześniej, bo Nico i jego dziewczyna Anna robili grilla w ogrodzie dla znajomych. Nie narzekam:) Mieliśmy piękna pogodę,były śpiewy i mini koncert fortepianowy. Teraz mknę z powrotem do Nowego Jorku, a ostatnie dwie noce spędzę na sofie de facto jedynej poznanej tu osoby, która nie posiada facebooka-Devina, dla odmiany architekta którego poznałam podczas wolontariatu.


















































