z 19 marca:Stoję jako pierwsza w mniej więcej 500 osobowej kolejce do kontroli paszportowej na lotnisku JFK. Mój samolot wylądował 3 godziny temu. Gapię się na baner po mojej lewej. Z głupawym uśmiechem na jaki ostatnio było mnie stać chyba w Indiach- mieszankę rezygnacji, oburzenia, ale przede wszystkim zmęczenia ostatnimi trzema dniami. Zrobiłabym kłótnię w moim stylu, ale zdaję sobie sprawę, że rezulatatem byłby ewentualnie bilet powrotny w tempie ekspresowym, więc znów gapię się na baner z napisem "What are you waiting for?"reklamujący ekspresowe kontrole paszportowe na lotnisku Kennedy`ego. Mimo wszystko uważam to za dość zabawne.
W przeciwieństwie do współtowarzyszy niedoli z płaczącymi dzieciakami(po raz pierwszy się im nie dziwię), albo otwarcie cierpiących na wszelakie bóle związane ze staniem w miejscu przez bite 3 godziny. Najczęstszym komentarzem jaki słyszę naokoło jest"gdyby to się zdarzyło w Europie to...". Zdobywam się na żart, że mojej walizce musi się nieźle kręcić w głowie po takim czasie na"karuzeli". Jak okazuje się za chwilę, nie do końca mam rację.
Nie wiem co tego dnia stało się na lotnisku JFK, ale było to absolutnie masakryczne pierwsze wrażenie. Po kontroli paszportowej, która w danym momencie wydawała mi się spełnieniem najskrytszych marzeń, okazało się, że dalej nie jest ani trochę prościej. Ponieważ nowe samoloty ciągle przylatywały, a pasażerowie nie odbierali swoich rzeczy przez 3 godziny, zrzucano bagaże na ziemię by zrobić miejsce dla nowych.W rezultacie po całym lotnisku bez żadnego planu rozrzuconych było kilkaset waliz, bez żadnej informacji gdzie należy szukać swoich.
Czy ma to jednak jakieś znaczenie po usłyszeniu magicznych słów wypowiedzianych tylko i wyłącznie do mnie, jako pierwszej w całej galaktyce:"Welcome to New York miss"?
JESTEM!!!
0 comments:
Post a Comment