Pierwszy dzień września zeszłego roku był jednocześnie ostatnim dniem mojej wędrówki trasą Camino de Santiago,ale wyprawa zaczęła się dużo wcześniej, w chwili,kiedy w połowie lipca zatrzasnęłam za sobą drzwi nieswojego mieszkania w Trójmieście i ruszyłam w stronę przystanku SKM, jedynie by dojechać w jakieś dogodne miejsce do złapania stopa.
Bezplan był obietnicą przeżycia podróży w sposób odmienny od poprzednich wypraw.W Azji ograniczenia są często wymuszane przez przepisy- wiza ma określony,często krótki okres ważności,często w momencie aplikowania o nią trzeba mieć już bilet wylotowy do kolejnego kraju - spontaniczność jest w ten sposób bezlitośnie ukracana.Chęć wyjścia z domu przed siebie bez żadnego planu i spania w stogu siana przy drodze była(i jest) obsecją ciągle obecną z tyłu głowy,coś,co jeśli samo nie przyszłoby mi do głowy,to na pewno narodziłoby się z chwilą przeczytania "Pod osłoną nieba" lub choćby obejrzenia obrazów Hoppera.
Plan,jeśli jakiś był,ograniczał się do powrotu"za około dwa-trzy miesiące" lub kiedy pieniądze się skończą.Zakładałam również,że prawdopodobnie chcę w tym czasie przejść Camino de Santiago,jednak jak się tam dostanę i kiedy przejdę trasę?Czy w ogóle ją przejdę?Tego nie wiedział nikt, i ta myśl powodowała motylki w brzuchu.
Tylko Asia czekała w Berlinie, pierwszy i jedyny przystanek, bo dla Berlina zawsze robię wyjątek,bo kocham to miasto i uwielbiam Asię.
Zajechałam pod jej drzwi tego wieczora, to był piąty stop tego dnia. Przemiły człowiek,który użyczył mi swojego towarzystwa i samochodu,postradał jednocześnie wtedy swojego ipoda - wysiadł z auta żeby pomóc mi z plecakiem,ipod wypadł na drogę,kiedy zrobiliśmy pętlę by sprawdzić czy nadal tam jest, owszem był -cały w 100 kawałkach.
Nie przejąwszy się zbytnio tym faktem,mężczyzna zawiózł mnie pod wskazany adres w Berlinie,a także podał swój numer, ponieważ następnego dnia jechał w kierunku Hiszpanii i zaoferował transport.
Berlin jednak nigdy nie wypuszcza mnie ze swoich ramion po jednej nocy.
Jazda autostopem,choć oficjalnie niebezpieczna,zwłaszcza dla kobiety podróżującej w pojedynkę,jest jednym z najbardziej wynagradzających doświadczeń w życiu. Każda z jazd tego lata zasługuje na osobną odpowieść. Pewnego dnia.
Narazie mogę powiedzieć, że jakieś dwa tygodnie później znalazłam się w St Jean Pied de Port,gdzie tradycyjnie większość pielgrzymów zaczyna Camino de Santiago.
Od kiedy przeszłam Camino, ta obsesja, o której pisałam wcześniej, ewoluowała bardziej w stronę przeświadczenia, że mogę być szczęśliwa do końca życia po prostu idąc przed siebie.
Oto zdjęcia z trasy.

sstrzałeczka
Duscholux.
dużo dobrych Antoniów na trasie,ten z kaczką przy kierownicy,a poza tym wyglądał jak Clark Gable
czasem warto udawać niepolaka
ależ to była fajna babka.
Antonio numer dwa- przeszedł Camino chyba dziesięć razy.
a to po prostu Steefaaano!
to te dwie Panie wlokły mnie,kiedy 10 przciwbólowych już nie dawało rady:*
małe różnice
miejsce,gdzie zostawia się kamyki przywiezione z domu- ja nie wiedziałam,więc
mój kamyk wzięłam z ziemi dzień wcześniej.
spontaniczna msza spontanicznego księdza-moc, bo jakie światło!
prawie jak w Himalajach
takie piękności!
Pulperia!
























































Hej.Czy jest szansa,że moglabym sie jakos z Toba skontaktować Mere? :)
ReplyDeleteJasne. Monikaschomburg na gmailuuu.
ReplyDeleteWiesz co ją nie bardzo ogarniam gmaila.Wiem jakbyś mogła odezwać się do mnie na tego maila ania_balcarek@hotmail.com? :)
ReplyDelete